„Trzej towarzysze” – opowiadanie

Trzech nieogarniętych studentów filologii polskiej to wyjątkowo kiepski pomysł na ekipę śledczą, ale był rok 2007, w radiu niejaki Mika śpiewał, żeby się wyluzować, a oni byli z Poznania, a tam takie rzeczy przechodzą. Przynajmniej wtedy, bo teraz to miasto zmieniło się nie do poznania…
*
Wszystko zaczęło się od zajęć z teorii literatury z profesorem M. Odbywały się w sali na jednym z górnych pięter Collegium Maius, gdzieś pod kopułą („gromu”, mawiał ich kumpel Sonar, który jak nikt inny potrafił wyczuć, co się w powietrzu dzieje, a równocześnie jakoś nigdy nie był w stanie ogarnąć, jak to jest, że całe to miasto jeszcze się nie zapadło), którą było widać już z daleka. Całe szczęście, bo inaczej cała trójka mogłaby zgubić się i nigdy nie dotrzeć na zajęcia, co i tak zdarzało się zbyt często. Na swoje nieszczęście tego dnia nie tylko się nie zgubili, ale jeszcze przyszli przed czasem, gdy w tej części budynku nie było nikogo. Padał deszcz (gdy później o tym rozmawiali uznali, że tak po prostu musiało być, bo w każdej opowieści kryminalnej musi padać, szczególnie tej złej, a oni byli pewni, że tylko w takiej mogliby się znaleźć), wiało, a w środku śmierdziało przeszłością i starymi kanapkami w torbie Bonina (naprawdę miał na imię Radek, ale w trójkę uznali, że będą się przedstawiać nie swoimi imionami, tylko dzielnicami, w których mieszkają – uznali, że to będzie zabawne, ale – jak większość studentów filologii polskiej – nie mieli racji). Jak się jednak chwilę później okazało, spleśniałe kanapki z czymś, co kiedyś było serem i pomidorem miało być ich najmniejszym problemem. Gdy tylko weszli do sali, w której za kwadrans miały się zacząć zajęcia o strukturze dramaturgicznej współczesnego kryminału (wielka szkoda, że zajęcia te się nie odbyły, może wtedy uniknęliby całego tego bałaganu), ich oczom ukazał się widok, który miał wywrócić do góry nogami wszystkie ich plany na nadchodzący weekend.
– No to, kurwa, pięknie – rzekł Rataj (rodzice dali mu Hubert, ale każdemu, kto tak do niego powiedział, groził wyrecytowaniem całych „Kwiatów polskich” Tuwima, więc wszyscy szybko przestawiali się na to wybitnie lokalne imię).
Na środku sali wykładowej leżał trup. Prawdziwy. „Jak we filmie” pomyślał Dębiec i spojrzał na swoich towarzyszy. Zawsze myślał o nich jak o postaciach z powieści Remarque’a, tyle tylko, że żaden z nich nie miał samochodów, potrafili za to po dźwięku rozpoznać numer nadjeżdżającego tramwaju (ósemka, pomyślał, gdy usłyszał dźwięk zatrzymującej się pod uczelnią bimby).
Na katedrze leżały nagie zwłoki młodego, na oko dwudziestoletniego, mężczyzny. Nie dało się od razu określić, co jest przyczyną jego śmierci, ale jedno było pewne – był martwy.
– Nie żyje – rzekł sentencjonalnie Bonin spoglądając na trupa. – Tylko gdzie jest krew?
Rzeczywiście nie było ani krwi, ani śladów zbrodni. Martwe ciało leżało na stole jak na obrazie Rembrandta, tylko dookoła nie było żadnych anatomów, a jedynie trzech zupełnie zdezorientowanych adeptów filologii, którzy dotychczas miejsce zbrodni widzieli tylko w powieści Dostojewskiego, a choć umiejętności analitycznego myślenia trenowali co tydzień na zajęciach z filozofii, to teraz byli w stanie wydusić z siebie jedynie komunały.
– Nie przypomina wam kogoś? – spytał Dębiec, ale nie zdążył się uważniej przyjrzeć, choć dałby słowo, że gdzieś już widział te twarz, tyle, że teraz była jakby… umalowana.
– Wiejemy, bo jak nas ktoś tu przyłapie, będzie na nas – rzucił Bonin, ale w tym momencie Rataj podszedł do zwłok i wyjął coś z zaciśniętej ręki.
– Tu jest jakaś kartka!
– Zostaw, zostaw to, człowieku, bo zostawisz ślady! – krzyknął Rataj, ale było za późno. Bonin wyjął kartkę i odczytał to, co było na niej napisane.
„ŚLEDZTWO DO WZIĘCIA”.
*
Trzej towarzysze opuścili salę w ostatniej chwili – gdy schodzili na niższe piętro mijali właśnie resztę grupy, która zmierzała na zajęcia. O dziwo, nie było wśród nich profesora M., ale i tak musieli się tłumaczyć kilku osobom, dlaczego znowu się zrywają, zwłaszcza, że byli już tak blisko. Ale nie było czasu na wyjaśnienia – zbiegli w dół i gdyby tylko ktoś przyjrzał im się uważnie, pewnie zauważyłby, że wyglądają dziwniej niż zwykle, na szczęście nikt nie miał do tego głowy, no a poza tym kto podejrzewałby, że chwilę wcześniej schowali zwłoki w wielkiej skrzyni na książki stojącej za katedrą. To był iście genialny plan, naprawdę.
– Idioci, ale z nas idioci… – syknął Dębiec, gdy cała trójka wybiegła już z budynku. Ulica Fredry tętniła życiem. Był czwartkowy wieczór, zajęcia z teorii literatury były ostatnimi tego dnia. Jutro miał się zaczynać długi, świąteczny weekend.
– Jeśli teraz nikt go nie znajdzie, to mamy całe trzy dni, żeby jakoś to ogarnąć – odparł zasapany Bonin.
– Co ogarnąć? Musimy wezwać policję! – warknął Dębiec, ale pozostała dwójka spiorunowała go wzrokiem.
– Chyba zwariowałeś! Już nie pamiętasz, co masz we krwi? Myślisz, że nie będą tego sprawdzać? A jak wjadą nam na chatę, to wszyscy mamy przerąbane, bo z pewnością będą szukać… – Bonin chwycił go za kołnierz i przystawił do ściany. Dębiec musiał przyznać mu rację. Nawet, jeśli nie oskarżą ich o zabójstwo tego typa, to mogą znaleźć na nich dość, żeby mieli poważne kłopoty.
– To co robimy? – pyzata twarz Rataja po raz pierwszy tego wieczoru przybrała typowy dla niego szelmowski uśmiech.
– Musimy odkryć, kto jest sprawcą, zanim ktokolwiek znajdzie te zwłoki. Czyli w najlepszym razie do poniedziałkowego ranka, gdy pewnie zaczną tak śmierdzieć, że pierwsza osoba, która wejdzie do sali, od razu poczuje trupa – Dębiec był zaskakująco spokojny. Szybko musiał się przestawić na logiczne myślenie, bo tylko zimna krew (ale nie taka, jak u tego trupa, pomyślał) mogła ich teraz uratować.
– Jasne, tylko jak to zrobić? – Rataj zdawał się nie mieć takiej pewności siebie.
Zanim jednak ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, drzwi Maiusa otworzyły się i wyszła z nich cała ich grupa.
– Zajęcia odwołane, profesora M. nie ma – Marta spojrzała na nich i od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. – Wszystko gra?
Była najfajniejszą dziewczyną w grupie. Nie najładniejszą, ale taką, z którą można było gadać godzinami, łazić po zrujnowanych szpitalach i jeździć tramwajami od pętli do pętli.
Ale nie można było jej w to mieszać. Wiedzieli to, nie musząc tego ze sobą uzgadniać.
– No jasne, co miałoby nie grać? – zapytał siląc się na swobodę Dębiec.
– No wyglądacie, jakbyście zobaczyli trupa.
Zaśmiali się, ale tak, jakby mieli połknąć własne tchawice.
– Ta, od razu sami go zabiliśmy. Tego trupa – prychnął Bonin, ale było w tym coś tak sztucznego, że Rataj spiorunował go wzrokiem. Marta spojrzała na nich po kolei i przez chwilę zastanawiała się, co powiedzieć.
– Dobra, musimy lecieć! – Rataj kiwnął na pozostałą dwójkę i wskazał na nadjeżdżający tramwaj. – Widzimy się niebawem, odezwiemy się! – rzucił w stronę Marty i już po chwili cała trójka gramoliła się do jedynki. Dziewczyna patrzyła zdumiona, jak kiwają jej z odjeżdżającego pojazdu, ale dałaby głowę, że było w tym coś upiornego.
– Świry… – wyszeptała z uśmiechem i nasunęła kaptur na głowę. Deszcz padał coraz mocniej…
*
Miasto powoli tonęło w deszczu. Tradycyjnie już zalewało przejścia podziemne na dworcu kolejowym (ponoć za jakiś czas miał ruszyć gruntowny remont i wszyscy mieli nadzieję, że w końcu te dworcowe podtopienia się skończą), pod Kaponierą można było brodzić po kostki, a co chwila któryś tramwaj dostawał awarii. W niektórych częściach miasta lało bardziej, jakby poszczególne dzielnice prowadziły apokaliptyczny pojedynek na to, która z nich rzeczywiście pierwsza się zapadnie. Sonar, który siedział u siebie w domu na Jeżycach i nie miał pojęcia o zwłokach w Maiusie i o tym, że jego kumple właśnie jadą tramwajem na Junikowo (co nie miało żadnego sensu, ale i tak nie mieli pojęcia, co robić), typował, że to właśnie Jeżyce pierwsze znikną z mapy miasta. Ta dzielnica nie ma sensu, powtarzał, Bóg o niej zapomniał i tylko dlatego jeszcze istnieje. A Szatan mieszka na Wildzie i przynajmniej na razie mu to wystarczy.
Ale Sonar nie miał racji – Jeżyce miały przetrwać, podobnie jak reszta miasta. To jeszcze nie był ten dzień.
Tymczasem tramwaj numer 1 dotarł do pętli na Junikowie. Wytoczyła się z niego trójka przemoczonych studentów i jeszcze dwóch typów, których w normalnych warunkach nasi bohaterowie powinni się obawiać. Ale nie tym razem – w takie wieczory nawet największe ofermy stają się kimś, bo, jak było napisane w jakiejś książce, którą Dębiec czytał jakiś czas temu na zajęcia z kultury europejskiej, w obliczu śmierci człowiek mężnieje.
Gdyby teraz ktoś próbował do nich podskoczyć, mógłby się srogo zdziwić. Wciąż brakowało im krzepy, zwinności i umiejętności, ale coś się w nich zmieniło.
– Będę rzygał… – jęknął Dębiec i puścił pawia wprost na szyny tramwajowe, którymi chwilę wcześniej odjechała rozklekotana ósemka.
Deszcz szybko spłukał wymiociny. Na pętli nie było nikogo innego. Trup leżał w skrzyni. Sonar nabijał właśnie kolejną lufkę.
*
Marta wróciła do swojego wynajmowanego mieszkania i zastanawiała się, co też tych trzech wariatów właśnie robi. Lubiła ich. Każdego inaczej. Jak kumpli, choć zastanawiała się czasem, co by było, gdyby, ale jakoś nie mogła się dalej zapędzić w tych rozważaniach, bo żaden nie pasował do jej typu – choć każdy z osobna miał odpowiednie składowe. Co oni dzisiaj byli tacy rozkojarzeni, bardziej niż zwykle, pomyślała, ale w tej chwili usłyszała pukanie do drzwi. Poczuła lekki dreszcz i chwyciła za klamkę.
Gdyby tylko wcześniej spojrzała przez wizjer…
*
– Wtedy nikt by nas nie podejrzewał, mówię wam! – Dębiec wykładał właśnie trzecią z kolei teorię rozwiązania sprawy, bazując tym razem na mało znanym belgijskim kryminale, który czytał ostatnio (o dziwo nie na zajęcia, co zdarzało się im wyjątkowo rzadko – lektur było wszak tyle, że wyrwanie czegoś spoza kanonu graniczyło z cudem), ale Rataj i Bonin nie byli przekonani.
– Bez sensu. Musimy wrócić do Maiusa i obejrzeć zwłoki – Rataj odpalił właśnie swój typowy tryb rozedrganego intelektualisty, który mówi szybciej niż myśli. – Obejrzymy kolesia, poszukamy jakichś ran, może znajdziemy jakieś narzędzie zbrodni…
– No i co? I co? Znamy się na tym? Przecież my nic nie wiemy! – Bonin z kolei znowu zaczął jęczeć, co zdarzało mu się w chwilach szczególnego stresu.
– Jedziemy, nie ma innego wyjścia! – rzucił kategorycznie Rataj.
I pojechali. Tramwaj, do którego wsiedli, bujał się na boki jak łajba podczas sztormu. W środku śmierdziało wszystkim, co przewinęło się przez wnętrze pojazdu tego dnia. Wszystkie aromaty Poznania. Ktoś powinien wypuścić markę perfum o takim zapachu i sprzedawać jako pamiątkę dla turystów na jednym ze straganów na rynku. Chcesz powąchać, jak pachnie stolica Wielkopolski? Zaciągnij się, a przed oczami stanie ci Ostrów Tumski, Łazarz, Smochowice i wszystko, czego i tak nie mógłbyś sobie wyobrazić, a co mieści się w granicach tego miasta.
Ale na dalsze refleksje nie było miejsca, bo tramwaj zdążył dojechać na Fredry i cała trójka wytoczyła się przez drzwi uczelni, spod której odjechali dwie godziny wcześniej. Już mieli wejść do środka, gdy cała trójka dostała esemesa. Równocześnie.
– Widzicie to? – spytał Bonin.
„JEŚLI CHCECIE ZOBACZYĆ JĄ JESZCZE ŻYWĄ, ROZWIĄŻCIE ZAGADKĘ”.
Wysłany z numeru Marty.
– O kurwa… – Rataj przysiadł z przerażenia. – Ma Martę…
– Idziemy na górę. Nie ma innego wyjścia. Nie zadzwonimy na psy, nikt nam nie pomoże – Bonin był zaskakująco opanowany.
W tej chwili przyszedł następny esemes. „MACIE CZAS DO PÓŁNOCY, INACZEJ ONA BĘDZIE NASTĘPNA. ŻADNEJ POLICJI, NIE KOMBINUJCIE, BO ZROBICIE SOBIE KRZYWDĘ.”
– No ładnie, typ nie żartuje – Dębiec poczuł, jak trzęsą mu się ręce. – Która jest godzina?
– Dochodzi ósma. Trzeba jakoś przekonać portiera, żeby nas wpuścił na górę.
To nie było łatwe, bo koleś miał ksywę Cerber i bywało, że nie chciał wpuścić nawet doktorantów, a co dopiero trzech podejrzanie wyglądających studentów po godzinach.
– Mam pomysł, odpal akcję z insuliną! – rzucił Rataj. To był sprawdzony numer – na cukrzyka, który zostawił swoje leki. Działał w dwóch przypadkach na trzy, a w poprzednich dwóch sytuacjach okazał się skuteczny.
– Ja pierdolę – jęknął Bonin – Wychodzi, że teraz się nie uda, ale nie ma innego wyjścia. Dobra, wchodzimy.
Poszło zaskakująco łatwo. Albo Cerber miał dobry dzień, albo los się do nich uśmiechnął pierwszy raz od dawna, albo to była pułapka. Jakkolwiek chwilę później szli do sali pod kopułą, a cieć nawet nie ruszył dupska z portierni.
– Normalnie nie chciało mu się iść z nami i tak po prostu dał nam klucze do sali, czujecie to? – Rataj aż podskakiwał z podekscytowania, ale Dębiec czuł, że coś tu nie gra. Idzie zbyt łatwo, zbyt łatwo, to się zawsze w powieściach kończy źle…
– Wiem, co ci chodzi po głowie, ale to nie powieść, wyluzuj – Bonin był w tej chwili najbardziej opanowany. Dopiero zrobił numer z insuliną, trzeci raz z kolei skutecznie i był z siebie bardzo zadowolony. Skuteczność poszła w górę. Oni też, bo już po chwili stali przed salą, w której był trup.
– Myślicie, że wciąż nie żyje? – spytał Rataj i pozostali spojrzeli na niego jak na wariata.
– No jeśli był martwy, to chyba tak, no nie? – Dębiec nagle nieco się zawahał, ale w tym momencie weszli do środka.
Od ich poprzedniej wizyty nic się nie zmieniło. Przynajmniej tak to wyglądało. Podeszli od razu do skrzyni. Ciężkie wieko nie od razu dało się podnieść, ale gdy wreszcie Boninowi się to udało, odskoczył jak oparzony.
– Wiedziałem, kurwa, wiedziałem!
Pozostali spojrzeli na niego z osłupieniem.
– Co jest? Co się stało?
– Nie ma. Nie ma trupa. Spierdolił, albo ktoś go zabrał! – Bonin był rozbity. Chwilę wcześniej miał wszystko pod kontrolą (przynajmniej tak mu się wydawało), a teraz znowu był jak dziecko we mgle.
– Ale jak? Co tu jest grane? – Rataj znowu zaczął jęczeć. Jeszcze tego brakowało.
– Skupmy się – Dębiec próbował ratować resztki racjonalnego myślenia. – Jest kilka opcji. Albo to zombie i teraz łazi gdzieś po mieście, albo morderca zabrał zwłoki i się z nami bawi, albo to wszystko to tylko nasza wyobraźnia, a towar Sonara był mocniejszy, niż nam się zdawało.
Sonar, tak, przydałby im się teraz, na pewno wiedziałby, co robić.
– Dzwoń po niego! – krzyknął Rataj!
O dziwo wszyscy zgodzili się, że to najlepsza w tej chwili opcja. Chwilę później na Jeżycach rozległ się dzwonek telefonu. Dłuższą chwilę trwało, zanim dało się słyszeć przeciągłe”Suuuuuchaaaam?”
– Sonar, to ty? Stary, jesteś nam potrzebny! – Bonin niemalże darł się do telefonu.
– Nie ma mnie na radarze, na razie! – syknął do słuchawki Sonar i znowu odpłynął. To był idealny wieczór.
– No kurwa nie wierzę, koleś jest zupełnie spalony! – Bonin nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało.
– I co teraz? – Rataj rozkleił się do reszty.
Deszcz padał coraz mocniej. Kopuła nad ich głowami była bombardowana coraz większymi kroplami, jakby miasto naprawdę miało zostać tej nocy zalane. Wszystkie przejścia podziemne na dworcu przypominały weneckie kanały. Koniec zdawał się bliski…
– Ej, tam coś jest! – krzyknął Dębiec i po chwili wyjął ze skrzyni jakąś kartkę.
„PORZUĆCIE NADZIEJĘ WY, KTÓRZY TU WCHODZICIE”.
– No nie, zajebany Dante, jeszcze tego tu brakowało! – zawył Bonin.
– Co to ma niby znaczyć? – w oczach Rataja malowała się bezdenna pustka.
– To, że jak tylko przekroczyliśmy próg tej sali, wpadliśmy w cholerne tarapaty.
Miasto zatracenia. Poznań. Żaden z nich się tu nie urodził, choć losy całej trójki były nierozerwalnie z nim związane. Bonin trafił tu jako dzieciak, przyjechał z rodzicami ze Śląska, Rataj przeprowadził się kilka lat temu z podpoznańskiej wsi, a Dębiec przyjechał tu dopiero na studia i wciąż uczył się miasta. A teraz wszyscy mieli stać się jego ofiarami.
– Ej, ale jeśli nie ma trupa, to w czym problem? Nie ma trupa, nie ma tematu! – Rataj nagle odzyskał świadomość.
– A Marta? Jeśli nie rozwiążemy zagadki, morderca zabije także ją! – Dębiec szybko sprowadził go na ziemię.
Marta. Jeśli coś jej się stanie, to…, żaden z nich nie był w stanie dokończyć tej myśli. Cała ta sytuacja wydawał im się irracjonalna. Jeszcze kilka godzin wcześniej myśleli tylko o wieczorze u Sonara i planowali, dokąd wyjdą w weekend. Nikt z nich nie myślał o studiach i zaliczeniu z teorii literatury. Ani wtedy, ani…
– Słuchajcie… – zaczął nagle Dębiec. – Pamiętacie co mieliśmy robić dziś na zajęciach u M.?
Rataj i Bonin spojrzeli na niego tępym wzrokiem. Widać, ze nie łapali, o co mu chodzi.
– Teoria trupa w świetle archetypów kryminalnych. Mieliśmy przygotować projekt i napisać scenariusz etiudy kryminalnej…
Rataj nadal patrzył jak ameba, ale Boninowi coś zaczęło świtać.
– A co, jeśli to jest jakiś, no nie wiem, test, próba, chora akcja mająca sprawdzić nasze zdolności w praktyce?
– M. jest pojechany, ale aż tak? – Bonin wydawał się nieprzekonany, ale czuł, że coś może być na rzeczy.
– Co wy gadacie? – Rataj ciągle był na innym pułapie pojmowania rzeczywistości, ale w tym momencie drzwi sali otworzyły się i ku ich zdumieniu zobaczyli w nich…
*
…gdyby tylko spojrzała przez wizjer, zobaczyłaby w nich uśmiechniętą twarz profesora M.
– I jak tam, plan zadziałał? Rybki złapały haczyk?
– Nawet pan nie wie, jak bardzo. Musiałam się nieźle postarać, żeby nie dać po sobie niczego poznać – Marta spojrzała na profesora z wyraźną ulgą. Akcja z uczelni sporo ją kosztowała, choć to ona sama na nią wpadła.
– A co z naszym trupem? – zaśmiał się profesor siadając w fotelu.
– Daniel spisał się znakomicie. Gdy tylko chłopcy wybiegli z sali, pierwsza weszłam do środka, jeszcze przed grupą i powiedziałam im, że zajęcia odwołane, bo pan profesor jest chory.
– Hm, na pewno się zmartwili, prawda?
Marta spojrzała z uśmiechem.
– Oczywiście. Potem otworzyłam skrzynię i wypuściłam Daniela. Był nieco zdrętwiały, ale nie mogliśmy pojąć, jakim cudem nikt z nich się nie zorientował, że wsadzili do skrzyni żywego człowieka.
– Widać są jeszcze bardziej nieogarnięci, niż się nam wydawało – profesor zachichotał niczym dziecko. – Chyba trzeba zakończyć tę zabawę i dać im wreszcie spokój, bo sobie jeszcze zrobią krzywdę. – dodał już poważnie.
– Ma pan rację, chyba dostali już nauczkę. Zaraz do nich zadzwonię… – ale w tej chwili zdała sobie sprawę z tego, że nie ma przy sobie telefonu… – Panie profesorze, musimy natychmiast jechać na Fredry. – twarz Marty zrobiła się trupioblada.
Profesor spojrzał na nią zaniepokojony i zerwał się z fotela. O nic nie pytał, gdy szybkim krokiem ruszyli w stronę windy…
*
– Daniel? Człowieku, co ty tu robisz? – spytał Rataj, ale był to raczej jęk, niż normalne pytanie.
W drzwiach stał młody mężczyzna, w samym szlafroku. W ręce trzymał nóż. Na twarzy widać było resztki mocnego makijażu. Nagle telefon w kieszeni szlafroka zaczął wibrować.
– No, no, chyba się zorientowali – syknął i wyłączył telefon.
– Ja pierdolę, to ty! Ty jesteś trupem! – wrzasnął Rataj.
– Trupem to zaraz będziesz ty, pyziaczku – odparł i wyciągnął nóż przed siebie. – Tylko bez numerów, panowie.
– Co ty odpierdalasz? Co to za chora akcja? – Bonin miał ochotę skoczyć mu do gardła, ale powstrzymał go wymierzony w niego nóż.
– Byłeś trupem… – Rataja stać było tylko na szept.
– A zaraz będziesz nim ty, kochasiu. – Daniel był w tej chwili straszny. Piękny i przerażający. Jego jasne włosy pokryte były w kilku miejscach pudrem i podkładem, wcześniej startymi z twarzy.
– Nie mogłem uwierzyć, gdy Marta z profesorem zaproponowali mi tę rolę. Od dawna planowałem jak się na was zemścić, aż tu nagle ona sama dała mi do ręki pomysł – spojrzał na nóż i wszyscy odczuli, jak groteskowa i przerażająca zarazem była ta analogia.
– Co? Co my ci zrobiliśmy? – Dębiec był teraz bardziej zdziwiony niż przerażony.
– Jeszcze się pytasz? Nienawidzę was. Waszych irytujących twarzy, które muszę znosić każdego dnia, waszych durnych żartów, irytujących pomysłów, ciągłych ucieczek z zajęć. Tego, że nie szanujecie nikogo i niczego. Jesteście zapatrzonymi w siebie dupkami – Daniel wyrzucał z siebie słowa, a trzej siedzący na podłodze sali towarzysze patrzyli na niego ze zdumieniem.
– Kurwa, serio? – prychnął Bonin, który nie wiedział czy ma się śmiać czy płakać ze strachu, bo nóż w ręce Daniela niebezpiecznie blisko zbliżył się do jego nosa.
– Serio, Radziu. – imię to Daniel wymówił z śliską satysfakcją. Wiedział, że Bonin go nie znosi. – I jakby tego było mało, zabraliście mi Martę. Była moja…
W tym momencie Rataj nie wytrzymał.
– Ja pierdolę, człowieku, jaką Martę? Twoja? Kiedy niby? I my ja zabraliśmy, niby jak? Naćpałeś się, czy wciągnąłeś nosem nie ten serial z zatoki piratów?
Tego było za dużo. Daniel zrobił szybki ruch ręką i nóż przeciął pyzaty policzek Rataja. Ten krzyknął i złapał w dłoń strużkę krwi.
– Zaraz będziesz inaczej śpiewać, tłuścioszku – w oczach Daniela pojawiło się coś bardzo złowrogiego. – Ale teraz będzie moja. Zobaczy, jacy beznadziejni jesteście.
Bonin pokręcił głową.
– I myślisz, że po tym wszystkim się tobą zainteresuje? To jesteś bardziej pojebany, niż myślałem.
W tym momencie Daniel zamierzył się, by pchnąć go pod ramię, ale nie zdążył wykonać żadnego ruchu, bo nagle na głowę spadło mu coś ciężkiego. Gdy jego ciało nagle zjawiło się na podłogę, oczom trójki towarzyszy ukazała się uśmiechnięta twarz Sonara.
– No jak tam, misiaczki, widzę, że się świetnie bawicie!
Bonin, Dębiec i Rataj nie mogli uwierzyć własnym oczom.
– Co ty tu robisz? – krzyknęli niemal równocześnie.
– A, wiecie, Jeżyce, zalało, więc ruszyłem w miasto, żeby was poszukać, no i poczułem w powietrzu, że jesteście tutaj. Typ na portierni powiedział, że jesteście na górze – Sonar brzmiał, jakby godzinę wcześniej wcale nie wypalił porcji towaru, która miała być przeznaczona dla całej czwórki, ale bywało, że właśnie dzięki temu włączał mu się tryb mówienia pełnymi zdaniami.
– No i wchodzę tu, a wy zabawiacie się z jakimś typem w szlafroku. To myślę, popatrzę, posłucham, ale jak zaczął machać nożem, to uznałem, że mu jebnę – i w tej chwili wskazał na gaśnicę, która leżała obok nieprzytomnego Daniela.
– Skąd wziąłeś gaśnicę? – Rataj wciąż trzymał się za policzek, z którego kapała krew, ale było widać, że cieszy się, jakby dostał czekoladowego mikołaja (od dziecka czekał na mikołajki, z okazji których dostawał go od mamy i mimo że był już dorosły, to wciąż było to coś, co sprawiało mu autentyczną radość).
– Nie wychodzę na miasto bez gaśnicy, człowiek. – Sonar powiedział to z takim spokojem, że postanowili nie zadawać więcej żadnych pytań, tym bardziej, że w tej chwili do sali wbiegli Marta i profesor M.
– Dobry wieczór – Sonar jakby nigdy nic przywitał się z profesorem, który ledwo był w stanie złapać oddech. – Cześć, piękna! – rzucił do Marty, która zupełnie zdezorientowana patrzyła na obrazek przez sobą. Na podłodze leżał Daniel, który właśnie odzyskiwał przytomność, a dalej jej trzech przyjaciół, którzy wyglądali jak banda dzieci po zbyt grubej zabawie na placu zabaw.
– Rataj, nic ci nie jest? – krzyknęła na widok jego zakrwawionej twarzy.
– Eee, zaciąłem się przy goleniu – odparł siląc się na uśmiech.
– Co tu się wydarzyło? – profesor omiatał zdumionym wzrokiem pobojowisko, którego był świadkiem.
– Śledztwo do wzięcia, a co – odparł z nikłym uśmiechem Dębiec.
– No to chyba zaliczyliśmy zadanie, co? – spytał Bonin i pewnie wszyscy roześmialiby się na ten okolicznościowy, nieśmieszny dowcip, ale jakoś nikomu nie było do śmiechu.
– Przepraszam was, to moja wina… – Marta miała łzy w oczach, ale żaden z nich nie miał do niej pretensji.
– Weź, to ten świr. – Dębiec wskazał na z wolna budzącego się Daniela. Wyjął mu z kieszeni telefon i dał Marcie do ręki. – Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Zwłaszcza tobie…
– Co? Jak to nic się nie stało? A moja twarz? – Ratajowi nagle przypomniało się, że nie jest już takim twardzielem, a rozcięty policzek cholernie go piecze.
To był ten moment, w którym wszyscy się zaśmiali.
– Dobra, ja spadam, bo za glinami nie przepadam – rzucił Sonar, podniósł gaśnicę i ruszył w stronę wyjścia. Ale w tym momencie do sali wszedł Cerber, portier, który w końcu uznał, że chyba pora zainteresować się, co też dzieje się pod kopułą.
– Co…. tu… się… – wydyszał, ale przerwał mu głos profesora.
– Zajęcia dodatkowe, panie Mirku. Mamy wreszcie nasz kryminał…
„Babcia, pociąg i miasto, którego nie ma” – opowiadanie

Babcia, pociąg i miasto, którego nie ma
To wcale nie miało tak wyglądać. Miałem pójść na dworzec, kupić bilety i pojechać do Raciborza. Babcia prosiła, a babci się nie odmawia. Szczególnie, jeśli ma 93 lata (to w ogóle możliwe?) i leży na łożu śmierci (co prawda leży tak od siedmiu lat i obiecuje, że w końcu umrze, ale wujek Tadek jej nie wierzy i zaczynam podejrzewać, że słusznie).
No więc babcia poprosiła mnie, żebym tam pojechał. Było to mniej więcej tak: – Wnusiu kochany, pojedź proszę do Raciborza. – Babcia, ale po co, jaki Racibórz, co ty mówisz?
– Pojedź proszę, ja się tam urodziłam!
– Serio? Takie miasto w ogóle istnieje? Przecież to nie brzmi jak nazwa miejsca. Racibórz?
– Istnieje, istnieje, zawsze istniało! – odpowiada babcia i nagle wygląda jakby na trochę mniej umierającą. – Ja się tam urodziłam, mój brat się tam urodził, moja mama się tam urodziła…
– Ta, od razu wszyscy się tam urodzili. Zaraz sprawdzę, czy to w ogóle prawdziwe miejsce!
Cholera, rzeczywiście istnieje. Jak byk w atlasie gdzieś tam na dole Polski jest takie miasto. Dobra, miała rację, może nawet się tam urodziła.
– Ale babcia, ja nie mam czasu. Jaki Racibórz, to daleko widzę, ja nawet nie wiem, czy tam jakiś pociąg jedzie!
– Jedzie, jedzie, zawsze jechał! Ja ci nawet pieniądze dam, Mareczku, tylko pojedź!
Oho, jak już mówi do mnie Mareczku (tak ma na imię mój ojciec, a jej syn wyrodny), to już poważna sprawa.
– No dobra, pojadę, ale teraz nie mogę, pracę mam, spotkanie…
Ta, jasne, żadnego spotkania nie mam. Żadnej pracy. Nic nie mam. Tylko tę babcię…
– Dobra, dobra, pojadę, tylko się nie denerwuj, babcia, no…
Bo już zaczęła robić te swoje miny, które robi zawsze, gdy zaczyna dramatyzować. Wygląda wtedy, jakby miała umrzeć, ale jakoś dotychczas nigdy się to nie stało.
No więc pojechałem rowerem na stację (no nie mam samochodu, a na taksówkę mnie nie stać). Podchodzę do kasy i proszę o bilet do Raciborza. O dziwo pani w okienku nie wykazała żadnego zdziwienia tylko po serii doprecyzowujących pytań (kiedy, jakie miejsce i inne takie) dała mi bilet. Nie mogłem w to uwierzyć! Nie było już odwrotu. Babcia została w domu, ja z biletem w ręku na stacji gotów do podróży. Tylko po jaką cholerę ja mam tam jechać? Nigdy tam nie byłem, nawet nie sądziłem, że takie miejsce istnieje. A tu nagle cała historia – że korzenie rodzinne, że jakaś tożsamość, że pokolenia i inne takie bzdury. „Proszę cię, wnusiu, musisz to zrobić, od tego wszystko zależy!” rzuciła babcia na odchodne. Poczułem lekkie mrowienie na dźwięk tych słów, ale nic nie powiedziałem, tylko odwróciłem się na pięcie i ruszyłem wypełnić misję. Niczym jakiś bohater z powieści fantasy, tyle, że nie towarzyszyła mi żadna drużyna, a w ręce miałem tylko bilet, mapę i kilka niezbyt magicznych przedmiotów…
*
Dojechałem. Mam wrażenie, że jechałem nie kilkanaście godzin, tylko kilka lat. Wpatrując się w mijane za oknem krajobrazy czułem, jakbym się po drodze zestarzał. Każda kolejna wieś – rok życia. Miasto – pięć lat. Dojeżdżając do Raciborza powinienem mieć już prawie setkę. Więcej, niż babcia.
– Jednak istnieje… Naprawdę… – ta myśl przemknęła mi przez głowę na widok tabliczki z nazwą miasta stojącej na peronie.
Wydawało mi się, że powiedziałem to w myślach, ale młoda dziewczyna tuż obok (dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że w przedziale w ogóle jest ktoś jeszcze!) z uśmiechem rzuciła w moją stronę coś, co byłoby nawet zabawne, gdyby nie było trochę straszne…
– Dziwne, prawda? Zawsze mnie to zdumiewa, jak tu wracam…
– Eee, tak, rzeczywiście. – odparłem wspinając się na wyżyny elokwencji. – Pani, eee, stąd?
– Kiedyś tu mieszkałam, dawno temu. – odpowiedziała zupełnie zwyczajnym tonem, jakby wcale nie gryzło się to z tym, że nie mogła mieć więcej niż 20 lat… – Teraz przyjeżdżam tylko czasem w odwiedziny. A pan?
– No, ja, eee, przyjechałem tu dla babci. Prosiła mnie o to. Urodziła się tu czy jakoś tak.
Boże, jak to musiało zabrzmieć. Jakbym był skończonym cymbałem.
– To bardzo ładnie z pana strony – uśmiechnęła się i włożyła kapelusz w taki sposób, jakby była na planie filmu, którego akcja dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym, a nie w brudnym pociągu relacji cośtam-Racibórz. – Do zobaczenia!
Wyszła, a ja zostałem w przedziale sam. Po chwili pojawił się konduktor.
– Wysiadamy. To ostatnia stacja. Dalej już nic nie ma.
No, rzeczywiście, nawet tu nic nie ma.
– Pan coś mówił? – spytał konduktor jakby usłyszał moje myśli i bardzo mu się nie spodobały.
– Nie, nie, podoba mi się tu, bardzo, Racibórz piękne miasto!
Musiał uznać mnie za idiotę, bo poszedł dalej kręcąc tylko głową. Ruszyłem za nim i wysiadłem na peronie, na którym nie było już nikogo. Nieliczni pasażerowie, którzy dotrwali do końca trasy, jakby rozpłynęli się w powietrzu. Byłem tylko ja, pociąg i tabliczka z napisem „RACIBÓRZ”.
No dobra, to co teraz? Czego szukać? Dokąd iść? Przecież nikt z babci rodziny już tu nie mieszka. Młodsza siostra babci wiele lat temu przeniosła się stąd do Siemianowic Śląskich (kolejne miasto którego nazwa brzmi jak coś nieprawdziwego, ale sprawdziłem na mapie i rzeczywiście, też istnieje) i tyle nas tu widziano.
Do dzisiaj.
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, skąd są moi dziadkowie, nie pytałem o ich przeszłość, dzieciństwo i inne takie bzdury. Nawet o młodości rodziców niewiele wiedziałem. Jakoś nie było czasu. Ani okazji. Kto by miał do tego głowę? Ledwo sam ogarniam, gdzie mieszkam…
– Pan czegoś szuka? – ni stąd ni zowąd na peronie pojawił się tajemniczy mężczyzna, jakby urwał się z jakiegoś opowiadania grozy. – Pan chyba nie stąd, prawda?
– Eee, no tak, przyjechałem tu dla babci. – gdy to powiedziałem kolejny raz, dotarło do mnie, jak idiotycznie to brzmi i że właściwie nic innego nie umiem już powiedzieć. Zresztą dlaczego w ogóle mu to powiedziałem?
– Tak, rzeczywiście, dla babci… Pan pójdzie ze mną. Proszę.
Nie śmiałem się sprzeciwiać. Choć to nie miało sensu uznałem, że nic innego zrobić nie mogę. Że muszę z nim pójść, dokądkolwiek mnie zaprowadzi.
Pociąg już odjechał, perony spowiła mgła (serio, kto to w ogóle wymyśla?), a z oddali było słychać bicie dzwonów (z pewnością mają tu jakiś kościół, albo kilka, bo dzwony biły, jakby miał nastąpić koniec świata).
Koniec świata. Babcia zawsze tak mówiła, że nadejdzie, jak ona umrze, no bo po co świat miałby istnieć, gdyby jej już zabrakło. Tak, babcia, jasne, odpowiadałem, ale teraz nie wydało mi się to wcale tak idiotyczne jak wtedy.
– Niech się pan tak nie ociąga – głos nieznajomego niezbyt mi się podobał, ale przyspieszyłem kroku i spojrzałem mu w twarz. Chciałem go o coś spytać, ale gdy zobaczyłem jego oczy uznałem, że dalsza rozmowa nie ma sensu.
Dzięki, babciu, załatwiłaś mnie na amen, nie ma co, wyobrażałem to sobie trochę inaczej…
Dzwony biły coraz głośniej, ale niczego nie było widać przez coraz gęstszą mgłę. Jakbym znalazł się w środku historii żywcem z Allana Poe (dziwicie się, że znam? A jak, coś tam jednak czytałem, znaczy babcia mi podrzuciła…).
Chciałem coś jeszcze powiedzieć, podzielić się jakąś refleksją, że w sumie to nawet zabawne, że tu się to wszystko miało zakończyć, w mieście, którego do wczoraj jeszcze nie było, przynajmniej w moim świecie, ale nic więcej się już wydarzyć nie mogło.
Widzimy się, babciu, już za chwilę… * Komisarz Graba miał nadzieję, że ten dzień nie będzie się różnił od kilku poprzednich – brak poważniejszych zgłoszeń, dość czasu na przejrzenie storisków na obserwowanym przez siebie profilu na Instagramie (dowiedział się o nim dzięki siostrzeńcowi i wpadł na dobre) i szansa, żeby wyjść z pracy wcześniej.
Ale nie tym razem – tym razem wszystko miało być inaczej. Racibórz nie był miastem, które mogłoby się stać bohaterem serii kryminałów – niewiele się tu działo, a jeśli czasem zdarzało się jakieś przestępstwo, to rzadko wyglądało jak z powieści Mankella czy Lackberg. Jak to możliwe, że w tych skandynawskich mieścinach jest tyle przestępstw, a w – co by nie było – ponad pięćdziesięciotysięcznym Raciborzu tematów na kryminał jak na lekarstwo, myślał Graba, ale w sumie może to i lepiej, przynajmniej jest spokój.
Ale nie tym razem – tym razem wszystko miało być inaczej, choć sam Graba nie miał nigdy mieć szansy na przeczytanie powieści, którą jakiś średnio zdolny pisarzyna mógłby napisać o tym, co wydarzyło się w Raciborzu tego jednego feralnego dnia, kiedy całą notkę o mieście na Wikipedii trzeba było przeredagować (najlepsze – albo najgorsze! – jest to, że tak się rzeczywiście stało, ale biedny Graba nie mógł już o tym wiedzieć), a wszyscy, którzy wcześniej nie mieli pojęcia o istnieniu tego miasta (Graba dziwił się zawsze, jak wielu ich było, sam bowiem mieszkał w tym mieście od dziecka, chodził tu do wszystkich szkół, znał każdy zakątek i nie miał zamiaru Raciborza nigdy opuścić), mieli się w ciągu jednego dnia dowiedzieć o nim z każdego serwisu informacyjnego i następnie rzucić nerwowo do atlasów (albo chociaż Google Maps) żeby sprawdzić, gdzie leży cały ten Racibórz…
– Komisarzu, jest sytuacja! – Graba usłyszał wołanie Mankiewicza, który wbiegł do jego gabinetu, ale w pierwszej chwili nie przejął się tym zbytnio. Młody (tak zawsze o nim myślał) zwykle robił dużo szumu wokół małych spraw i równie dobrze „sytuacją” mogła być awanturująca się staruszka, której ktoś wywrócił straganik z kwiatkami (tak było ostatnio), albo facet, który widział kosmitów („Nie mieli ryja!” – zeznał oficjalnie chwilę przed tym, jak wyrżnął twarzą o stół Graby i miał nie wstać przez kolejnych 16 godzin, bo ilość alkoholu we krwi mocno przekraczała jakiekolwiek limity).
Ale nie tym razem – tym razem wszystko miało być inaczej. Graba odczuł to już w sekundę później, gdy przyjrzał się twarzy Młodego, Była blada jak ściana (Graba wiedział, że to porównanie trąci szkolnym opowiadaniem, ale nic nie mógł poradzić – tak właśnie było i tak właśnie pomyślał), a na jego skroni dostrzegł krople potu, choć w pomieszczeniu wcale nie było gorąco.
– Młody, co się dzieje? – spytał komisarz równocześnie podnosząc się z fotela.
– Na dworcu. Kolejowym. Coś się dzieje na dworcu… – jęknął Mankiewicz.
– Co takiego, do jasnej cholery, wyduś to z siebie! – poirytował się Graba widząc, że Młody prędzej się zakrztusi, niż powie cokolwiek sensownego.
– Znikają. Ludzie. Na dworcu!
– Jak znikają? Co ty gadasz? – Graba był już mocno wkurzony, choć równocześnie widział, że z Młodym jest coś nie tak. Cholera, to chyba nie będzie jednak kolejna wkurzona kwiaciarka, pomyślał komisarz i podszedł do Mankiewicza.
– Chodź, jedziemy, zobaczymy na miejscu.
– Znikają, szefie, ludzie. Na dworcu. – jęknął Młody i wyszedł z gabinetu, choć trafniejszym określeniem byłoby, że został z niego przez swojego szefa dosłownie wyniesiony. * Gdy dotarli na dworzec, był tam już tłum gapiów, zdezorientowana ekipa z pogotowia ratunkowego, która zupełnie nie wiedziała co robić, patrol drogówki, od którego poszło pierwsze zgłoszenie, wreszcie dwóch sokistów, postawnych byczków, którzy w normalnych warunkach sialiby postrach na peronach, teraz zaś płakali jak dzieci łapiąc łzy w wielkie dłonie (tak widział to Graba i kolejny raz tego dnia poczuł się jak w liceum, gdy nudząc się na lekcjach próbował pisać opowiadania, ale nigdy nikomu ich nie pokazał, bo z jednej strony się wstydził, z drugiej zaś Racibórz z wczesnych lat dziewięćdziesiątych to nie było miasto sprzyjające młodym pisarzom).
– Co tu się do jasnej cholery dzieje?!? – wrzasnął Graba widząc to cudaczne zbiorowisko ludzi, którzy zupełnie wypadli ze swoich ról i zachowywali się jak dzieci błądzące we mgle (to już przesada, pomyślał sam Graba, ale nie miał czasu na dalsze refleksje, bo z dworca dało się słyszeć jakieś okropne wrzaski.
– Następny!!! Następny zniknął! – to krzyczała jakaś kobieta, która wybiegła z budynku dworca niemal wprost na komisarza, który w tym momencie poczuł, że chyba jednak nie tylko nie wróci wcześniej do domu, ale możliwe, że nie wróci do niego już wcale. Wiedział, że za wcześnie na tak drastyczne myśli, ale równocześnie coś podpowiadało mu, że tak właśnie będzie. Zwłaszcza, że chwilę później, z budynku dworca wybiegły kolejne osoby i malujące się na ich twarzach przerażenie było najlepszym zwiastunem tego, że oto w Raciborzu rozgrywają się sceny grozy, jakich to miasto jeszcze nie widziało.
– Co do… – ale Graba nie dokończył, bo w tym momencie na własne oczy zobaczył, jak wychodzący z dworca mężczyzna dosłownie wyparował. Zniknął. Jak w jakimś cholernym filmie, który widział kiedyś w kinie. Po chwili zniknął też przebiegający obok pies, a zanim Graba zdołał poskładać to wszystko w całość, znikać zaczął też sam budynek dworca. Dopiero teraz komisarz usłyszał bicie dzwonów, które brzmiały tyleż złowieszczo (jak zawsze!) co absurdalnie (no bo skąd te dzwony?), ale przez ten narastający dźwięk po chwili przedarło się wołanie Młodego.
– Szefie, uciekajmy, tu się dzieje coś strasznego! – Mankiewicz chwycił Grabę za rękę i odciągnął w bok dokładnie w chwili, gdy znikać zaczęli sokiści, którzy ciągle płakali rzewnymi łzami, a zaraz za nim wciąż oniemiali ratownicy. Gdy dwójka policjantów ledwo uszła z życiem, zniknięcie pochłonęło ich kolegów z drogówki i cały plac przed dworcem.
W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą kłębił się tłum ludzi, nie było nic. NIC.
Ja to już gdzieś widziałem. Albo o tym czytałem w jakiejś książce, jak byłem dzieckiem, pomyślał Graba w chwili, gdy Mankiewicz pakował go do samochodu, by uciec przed nadchodzącą nicością.
– Szefie, szefie, niech się szef ocknie! – darł się Młody, ale Graba dostrzegł tylko we wstecznym lusterku, że wszystko, co jeszcze przed chwilą było w nim widać, przestało istnieć.
Tyle lat, całe życie tu spędziłem, pomyślał komisarz, a przed oczami przemknął mu korowód slajdów z tych nędznych 45 lat, które spędził w tym mieście. Zima 1991 i zjeżdżanie na sankach z górki za domem, gdy cały Racibórz przysypany był śniegiem. Wakacje 1997 i pierwsze całowanie się na dyskotece w klubie, który od tego czasu siedem razy zmienił nazwę, aż w końcu przestał istnieć. Listopad 2015 i pamiętna strzelanina w centrum, za którą dostał medal, premię, ale też cykliczne wizyty u psychologa.
I to wszystko miało przepaść, tak po prostu? Graba nie mógł się z tym pogodzić, ale nie było czasu na nic więcej, bo w ogóle nie było już czasu. Gdy tylko o tym pomyślał spostrzegł, że siedzący za kierownicą Mankiewicz, który jeszcze przed chwilą coś do niego wrzeszczał, po prostu zniknął, a potem poczuł, jak znika on sam.
– Zgroza, zgro… – zdążył jeszcze powiedzieć, ale już nie dokończył, bo gdy zniknął on sam, zniknęły też ostatnie litery zdania, które gdzieś kiedyś przeczytał i które od zawsze chciał wypowiedzieć, nie miał jednak pojęcia, że zdarzy się to w takich okolicznościach… * Racibórz przestał istnieć tak naprawdę w ciągu niespełna dwóch godzin. Tyle wystarczyło, żeby miasto, które istniało od tysiąca lat (a niektórzy uważali, że nawet i od dwóch, powołując się na Ptolemeusza i łącząc starożytne Budorgis ze starym dobrym Raciborzem) zniknęło z mapy Polski.
Nikt nie wiedział jak to się stało, ani dlaczego to się stało. W ciągu dwóch godzin z powierzchni ziemi zniknęło całe miasto i ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi, które w tym czasie w nim przebywało. W powieści, którą za jakiś czas napisze pewien średniej klasy pisarz, podjęta zostanie próba rekonstrukcji zdarzeń, które doprowadziły do tego, że w miejscu, w którym kiedyś było miasto, zionie pustka, a jednym z bohaterów tej opowieści będzie dziarski komisarz policji, który ryzykując własne życie rzucił się na pomoc znikającym, by samemu ostatecznie zostać pochłoniętym przez nicość.
W powieści tej znajdą się też losy nieszczęsnych pasażerów, którzy tego feralnego dnia postanowili przyjechać do Raciborza pociągiem (niektórzy podejrzewać będą, że to jeden z nich w jakichś niejasnych okolicznościach przywiózł skądś, zapewne z Chin!, jakiegoś wirusa, który aktywował się w Raciborzu i w wyniku połączenia z unikalnym mikroklimatem miasta doprowadził do jego zagłady) oraz przedstawicieli różnych służb, którzy do ostatnich chwil walczyli, by ratować zwykłych mieszkańców i bezcenne zabytki Raciborza.
I tylko o pewnej starszej pani, z miasta gdzieś na drugim końcu kraju, która dokładnie w chwili, gdy miasto ostatecznie zniknęło, sama również odeszła na zawsze z tego świata, nie wspomni nikt – ani ów pisarz w swej książce, którą przeczytają miliony rodaków (ale też czytelników za granicą, wszak takie historie nie dzieją się zbyt często!), ani nikt z ocalałych raciborzan (niektórzy mieli bowiem szczęście i znaleźli się tego dnia poza granicami miasta), ani nikt z jej rodziny, bo ostatni jej przedstawiciel odszedł wraz z nią i całym miastem.
Gdyby Graba żył powiedziałby pewnie, że tak to już jest, że gdy umierają ludzie, umierają całe ich światy, a czasem tylko miasta, ale żadna taka myśl nie mogła się pojawić, nie było już bowiem dzielnego komisarza i wszystkie jego wypowiedziane i niewypowiedziane spostrzeżenia przepadły wraz z nim w nicości…
BALDWINY WSZECH CZASÓW – 1974-1975
BALDWINY WSZECH CZASÓW – 1976-1977
BALDWINY WSZECH CZASÓW – 1978-1979
BALDWINY WSZECH CZASÓW – 1972-1973
2. Województwo białostockie – Marcin Kącki, „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”
W: Chciałaś współczesne Podlasie, to masz.
N: Taaak, ale chyba nie do końca o to mi chodziło. Tutaj zresztą trudno powiedzieć, że to obraz tylko współczesny, bo historia mocno miesza się z teraźniejszością. Nie da się ich oddzielić, tak bardzo na siebie wpływają.
W: To tak bardzo odmienny obraz od „Antonii…”, że aż trudno uwierzyć, że mówimy o podobnej okolicy. Tylko, że u Panasiuk mamy trochę sielankowe patriot-Zorro-story, a tutaj… no właśnie. Gorzki i wielopoziomowy obraz miasta i jego okolicy. Bo to nie tylko Białystok, ale też Hajnówka, Łapy, Sokółka. To mocno posępna opowieść o regionie.
N: Trudno się dziwić, bo już nie poznajemy piękna okolicy, a dostajemy jego społeczno-historyczny rysunek, w którym nie brak tych najbardziej oczywistych skojarzeń, jak choćby Jagiellonia czy disco polo, choć zabrakło tak oczywistych jak Białowieża, czy Kononowicz. Ale też to nie tylko opowieść o Podlasiu dziś, ale przede wszystkim o tym, jak historia wpływa na teraźniejszość. A nie wiem, jak ty, ja nie wiedziałam, że to przed wojną było głównie żydowskie miasto.
W: Wiedziałem, ale nie miałem świadomości, że tak mocno wyparto tę przeszłość. Kącki dobrze podejmuje problem tożsamości miasta i regionu, których historia jest mocno skomplikowana, często tragiczna, a po wojnie – całkiem przemodelowana. Bo co dzisiaj jeszcze zostało z miasta sprzed osiemdziesięciu lat?
N: Mamy więc epizody tragiczne, mamy obraz współczesnego miasta, jego koloryt, powiedzmy, dosyć specyficzny. Mamy Zenka Martyniuka, zasłaniających się Bogiem włodarzy, a jednocześnie próby społecznych interwencji i walkę z antysemityzmem w mieście pozornie tak „białym”, że bardziej się nie da.
W: Aż trudno się powstrzymać przed powiedzeniem, że „Białystok to nie miasto, to stan umysłu”, tym bardziej, jak pomyślisz jeszcze o niezwykłym „cudzie” w Sokółce, niespodziewanie pojawiających się na murach napisach „Bóg, Honor, Ojczyzna” i duszy księdza Sopoćki, która ocaliła miasto od „chlorowej zagłady”.
N: W takim razie możemy być spokojni o Białystok. Ksiądz Sopoćko czuwa.
Rok wydania – 2015
Czytane na @legimibooks (dostęp dzięki @biblioteka_koszalin )
Ocena literacka: 8/10
Ocena krajoznawcza: 8/10
1. Województwo bialskopodlaskie – Agnieszka Panasiuk, „Na Podlasiu. Antonia”
W: Byłaś w Białej Podlaskiej?
N: Nie, ale teraz na pewno tam pojadę! Jeśli wierzyć Antonii, to piękny i malowniczy region. Wsi spokojna, wsi wesoła… To trochę taki miks „Chłopów” z „Nad Niemnem”
W: Tak i ta idylliczność mocno miejscami razi, może dlatego, że wiemy, jak było w rzeczywistości. Orzeszkowej można wybaczyć sielskie ukazanie pracy na dziewiętnastowiecznej wsi, ale w XXI wieku to już raczej nie zda egzaminu.
N: No dobrze, ale nie zaprzeczysz, że region jest ukazany naprawdę wszechstronnie, można się dowiedzieć mnóstwa rzeczy o Białej, Międzyrzeczu, Franopolu, Radzyniu Podlaskim. Trzeba przyznać, że autentyczne miejsca są dobrze opisane, spacerujemy po uliczkach Białej z bohaterką, dowiadujemy się mnóstwa ciekawostek.
W: Tak, nie da się ukryć, że książka pod tym względem spełnia założenia projektu. Aż chce się tam jechać, zwiedzać i korzystać z uroków natury. Może nawet spotkać „podlaskiego Zorro”…
N: To pomysł trochę z zupełnie innej bajki, czułam się trochę, jakbym czytała o jakimś Robin Hoodzie na Podlasiu. I w dodatku naprawdę trzeba się bardzo starać, żeby po stu stronach nie rozgryźć „zagadki”, w połowie można też zacząć się lekko męczyć nachalnym patriotyzmem. Takie patriotyczno-romansowe czytadło, żadna wielka literatura, ale ostatecznie sympatyczne.
W: Choć bohaterka nie mogłaby być bardziej bez skazy.
N: Ano nie.
W: Chyba musimy dodać, że cykl Agnieszki Panasiuk nie miał żadnej konkurencji. Dawne bialskopodlaskie w literaturze właściwie nie istnieje.
N: Ale to całkiem niezła reprezentacja dla regionu. Teraz czekamy na coś, co pokaże nam współczesne Podlasie.
Wydawnictwo @szaragodzina
Rok wydania – 2020
Czytane na @legimibooks
dostęp dzięki @biblioteka_koszalin
Ocena literacka: 5/10
Ocena krajoznawcza: 8/10
49. Literacka Mapa Polski
W – Porozmawiamy o książkach z różnych stron Polski. Zróbmy taki… literacki obraz kraju.
N – 49 województw? Tak sentymentalnie, z dzieciństwa. To chyba będzie odpowiednio reprezentatywne dla kraju, pytanie, czy jedna książka z województwa wystarczy?
W – Nie wystarczy, ale pamiętaj, że sporo z różnych regionów już przeczytaliśmy.
N – Czyli nie będziemy czytać tego, co już znamy?
W – Myślę, że idea będzie taka, żeby to były teksty, których nie czytało żadne z nas… Chyba, że nie da się inaczej.
N – No dobra, to ustalmy, co w takim razie jest kluczowe.
W – Akcja musi dziać się w byłym województwie, dobrze by też było, żeby książka byłą w miarę nowa.
N – Chyba też zależy nam na różnorodności gatunkowej.
W – I na tym, żebyśmy potrafili powiedzieć, czy chcemy, czy nie chcemy zobaczyć tego miejsca.
N – Całkiem sporo widzieliśmy, ale centralna Polska i wschód to w dużej mierze biała plama.
W – Tak, a liczę na to, że po przeczytaniu książek z dawnego łomżyńskiego, bialskopodlaskiego czy suwalskiego dowiemy się czegoś i przekonamy, czy chcemy tam pojechać.
N – Oczywiście, że chcemy! No to twórzmy ten projekt…
W – Literacko-krajoznawczy. I pamiętajmy, że wszystko to zabawa.
Jesteśmy parą polonistów, którzy postanowili „przeczytać Polskę”. Nazwaliśmy nasz projekt „49. Literacka mapa Polski”. Nie wiemy, ile potrwa, ale mamy nadzieję, że będziecie nam towarzyszyć w książkowej podróży przez 49 dawnych województw.






